Muzyka dawna to wszystko, co było wczoraj; dziś jest już muzyka współczesna. Wywiad z Urszulą Stawicką.

Napisane przez  Appassionata piątek, 05 wrzesień 2014
Muzyka dawna, a muzyka współczesna Muzyka dawna, a muzyka współczesna
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Urszula Stawicka – klawesynistka i organistka, założycielka Fundacji Akademia Muzyki Dawnej. Urodziła się we Lwowie, lecz dorastała w Krakowie – tam też ukończyła studia na Akademii Muzycznej. Prowadzi klasę klawesynu i organów w Zespole Szkół Muzycznych II stopnia w Szczecinie. Aktywnie popularyzuje muzykę dawną na Pomorzu Zachodnim.

Joanna Dobrowolska: Jest Pani założycielką Fundacji Akademia Muzyki Dawnej. Czy może Pani powiedzieć kilka słów o jej działalności?

Urszula Stawicka: Fundacja została założona w 2008 roku. Podejmujemy różnorodne działania – zarówno edukacyjne, jak też i artystyczne. Mają one na celu popularyzowanie muzyki dawnej, wykonawstwa na instrumentach historycznych przede wszystkim na Pomorzu Zachodnim, ale oczywiście sięgamy trochę dalej. Niemieckie pogranicze też nie jest nam obce.

Ludzie znają FAMD głównie z działalności artystycznej, licznych koncertów. A czy może Pani opowiedzieć więcej projektach edukacyjnych?

Zaczęliśmy właśnie od działań edukacyjnych. Prowadziliśmy cykl kursów muzycznych, które towarzyszyły Szczecińskiemu Festiwalowi Muzyki Dawnej. Były warsztaty dla dzieci, wykłady muzykologów z Warszawy i Krakowa. Naszymi partnerami były szczecińskie szkoły muzyczne. Teraz organizujemy warsztaty tańca historycznego. Od września startujemy też z „Muzycznym Kurierem” – w jego ramach warsztaty dziennikarskie, prelekcje, koncerty.

Na stronie internetowej można też przeczytać o badaniach historycznych.

To nie tyle badania historyczne, co raczej muzykologiczne. Interesują nas materiały muzyczne – pierwodruki, związane z twórczością kompozytorów z terenu obecnego Pomorza Zachodniego.

Czy zamierza Pani wyjść ze Szczecina i najbliższych okolic? Większość koncertów odbywa się w tym mieście, zwłaszcza w ramach Szczecińskiego Festiwalu Muzyki Dawnej.

Tak, ale w ramach tego festiwalu zawsze dajemy dwa koncerty wyjazdowe tzw. „przystanki”. Jeden koncert jest np. w Stargardzie (jak ostatnio), a drugi w Niemczech niedaleko granicy. Festiwal Na Gotyckim Szlaku odbywa się w różnych miejscowościach związanych ze szlakiem gotyku ceglanego na Pomorzu Zachodnim. Jedynie finał zagramy w Szczecinie. Podstawowym naszym problemem jest znalezienie funduszy. Gdyby pieniędzy było więcej, można by więcej koncertów organizować w innych miastach.

Właśnie trwa Festiwal Na Gotyckim Szlaku. Jak Pani ocenia tegoroczną edycję? Zainteresowanie jest duże.

Tak, zainteresowanie jest duże. Chociaż trudno mi jakkolwiek to podsumować, bo dzisiaj dopiero drugi koncert. Publiczność już przyzwyczaiła się do tego festiwalu; do tego, że organizujemy dla nich transport. Rzeczywiście przychodzą licznie na koncerty i program turystyczny. Myślę, że połączenie zwiedzania i poznawania historii z krótkimi koncertami na koniec dnia jest interesujące. Zaskakujące jest to, że często te miejsca są przecież tak blisko nas, a wielu rzeczy nie wiemy lub nie zauważamy.

Jak bardzo te wycieczki i odkrywanie historii wzbogacają odbiór muzyki dawnej na koncertach?

Festiwal Na Gotyckim Szlaku to nie tylko prezentacja muzyki dawnej. Zwykle jeden koncert odwołuje się do innych tradycji. Tak będzie w przypadku recitalu półjazzowego pana Jakuba Kościuszki za tydzień, w Stargardzie. Muzyka nie jest zresztą dominantą Festiwalu. Po intensywnym dniu zwiedzania i zdobywania wiedzy koncert to chwila uspokojenia, relaksu dla publiczności. Chociaż kontekst historyczny też jest ważny.

Drugim ważnym wydarzeniem FAMD jest Szczeciński Festiwal Muzyki Dawnej. Jakieś plany na kolejną odsłonę?

To nie ja jestem dyrektorem artystycznym Fundacji. Mogę natomiast ze swojej strony powiedzieć, że staramy się robić wszystko jak najlepiej. Chcemy zapraszać wspaniałych artystów, chociaż ograniczają nas bariery finansowe. Staramy się cały czas podnosić poprzeczkę, aby zadowolić szczecińską (i nie tylko!) publiczność. Ludzie chwalą to, że mogą posłuchać muzyki innej, granej troszkę inaczej - efektu długiej pracy, a nie jednej próby. Oczywiście sztuka jest żywa i zawsze może coś się wydarzyć. Jednak im więcej pracy włoży się w przygotowanie, tym lepszy jest efekt. Takim produktem chcemy zarażać naszą publiczność, a grono wiernych słuchaczy jest już duże.

Słuchacze bardzo szybko łapią tego muzycznego wirusa. To oczywiście zasługa znakomitego poziomu artystycznego, ale też promocji. Pani chyba dobrze czuje się w roli piarowca?

Nie powiedziałabym. Wydaje nam się, że PR i promocja w naszej Fundacji są piętą achillesową. Trudno być jednocześnie twórcą i tworzywem, jak powiedział Bareja. Cały czas mamy zbyt mało pracowników odpowiedzialnych właśnie za PR. Może to wygląda dobrze w Szczecinie i na Pomorzu, zależy nam jednak na tworzeniu zasięgu ogólnopolskiego. W Niemczech jesteśmy już rozpoznawalni, ale tam – powiedzmy szczerze – wielkiej konkurencji nie ma. To wciąż za mało.

Muzyka dawna – tak mówi się najczęściej o utworach z czasów baroku i najbliższych okolic. A na Pani koncertach można też usłyszeć przedromantycznego Beethovena. Jak więc rozumieć pojęcie muzyki dawnej?

Muzyka dawna to właściwie wszystko, co było wczoraj. To, co dzisiaj, to już muzyka współczesna. Nie lubię takiego rozgraniczania, w ogóle pojęcie „muzyki dawnej” chyba nie jest najlepsze, to duże zawężenie. Bardziej odnosiłabym się do tradycji wykonawstwa historycznego na dawnych instrumentach, a nie do konkretnych epok i kompozytorów.

A ludzie czasem myślą, że muzyka dawna to smęty. Kiedyś nawet usłyszałam od kolegi o „smętach Stawickiej”. Jak Pani to skomentuje?

Który to kolega...?! (śmiech) Oczywiście nie wszyscy mają mnie słuchać i lubić muzykę, która wykonuję. To nie jest oferta dla 100% społeczeństwa, raczej do mniejszej grupy słuchaczy, powiedzmy 10%. Wcale nie chcę, żeby to były tłumy na stadionach. Zdecydowanie jest to sztuka elitarna.

Czy w ogóle można nazwać tę muzykę smętną? Przecież jest ona szalenie różnorodna!

Dla mnie smęty to opera romantyczna. Oczywiście, że to muzyka różnorodna! Tak jak ludzkie życie i ludzkie charaktery. Od wieków kompozytorzy przekazywali to, co im w duszy grało. A osobowości raczej nie zmieniły się od wieków, wciąż tak samo reagujemy - jest smutek, radość, emocje. To wszystko jest w muzyce. Dużo zależy też od wykonania i epoki. Trudno jest oceniać coś po wyglądzie, trzeba po prostu spróbować.

Na ile w odbiorze muzyki dawnej pomaga wiedza historyczna?

Absolutnie nie uważam, że do tego potrzebna jest wiedza! Aby słuchać muzyki dawnej, potrzebna jest chęć. Niektórzy słuchają poprzez historię, bo interesują się dawnymi dziejami i kulturą. Jednak nie jest to warunek sine qua non (łac. „warunek konieczny, nieodzowny” – przyp. red.).

A jakie znaczenie ta wiedza ma dla wykonawcy? Pani jest osobą, która dużo czyta i bardzo dużo wie.

Dla wykonawcy ogromne! Stylistyka jest przecież całkiem odmienna. Już utwory oddalone o 20 lat gra się inaczej, inne są ozdobniki, wykorzystuje się inny smyczek. Z tej racji uważam też, że nie powinno się grać na jednym koncercie np. Bacha i Mendelssohna. To tak, jakbym zjadła bigos razem z tiramisu - dwa zupełnie inne światy. Ja podczas koncertu nie potrafiłabym nawet szybko przestawić się z wczesnego baroku na późny. Gramy inaczej - jest inna fraza, inna artykulacja, inne formy. Mieszanie tego wszystkiego razem (a do tego jeszcze np. Piazzolla!) tworzy taki postmodernistyczny koktajl, którego nie lubię.

Często widzę, że słuchacze z Pani koncertów wychodzą wręcz urzeczeni i uduchowieni. Co daje słuchanie muzyki dawnej?

Nie ograniczałabym takich wrażeń tylko do muzyki dawnej. Ludzie tak samo reagują na fantastyczne koncerty muzyki współczesnej. Wiele zależy od wykonania. Żyjemy w świecie wysokiej specjalizacji, nie da się grać wszystkiego. Nieliczni wybitni muzycy mogą na jednym koncercie grać Bacha i Piazzollę. Takie zestawienia bez wiedzy i głębszego zaangażowania są naprawdę średnie. A słuchacz czuje tę nieszczerość. Staram się poprzez utwór zawsze przekazywać swoje emocje. Jeśli to trafia do odbiorcy, cel został osiągnięty.

Pani jest klawesynistką i organistką. Do którego instrumentu miłość jest większa?

Zdecydowanie do klawesynu, bo nim zajmuję się dłużej. Poza tym miałam ostrzejszą profesorkę.

Pochodzi Pani ze Lwowa – miasta z bogatymi tradycjami. Czy stąd wzięła się miłość do muzyki dawnej?

Nie, nie łączyłabym tego. To wpływ ludzi, których spotkałam w szkole średniej i na Akademii Muzycznej w Krakowie. Opowieści o muzyce dawnej, udział w wielu kursach, wyjazdy za granicę jeszcze w czasie studiów – to skierowało moją uwagę w tę stronę. Na pewno nie lwowskie pochodzenie.

Czy nigdy się Pani nie bała, że będzie ciężko z pracą? Niektórzy mówią, że muzyka dawna to przeżytek.

Jeśli ktoś tak mówi o muzyce dawnej, to raczej nie ma dużej wiedzy. Wystarczy spojrzeć na najbardziej popularne festiwale w Polsce – Wratislavia Cantans, Misteria Paschalia. Co do pracy, to zawsze jest strach, u każdego artysty. Trzeba być cały czas najlepszym, zawsze w formie, dawać z siebie jak najwięcej. A i tak nie ma żadnej gwarancji odniesienia sukcesu. Nawet wielcy artyści, tacy jak Kevin Kenner, mówią o ciągłej niepewności. Gdybym znowu miała 17 lat, pewnie nie wybrałabym muzyki. Zawód artysty to ciągła walka.

A Pani zawsze walczy do samego końca. Dzisiaj koncert festiwalowy w Chojnie. Czego się Pani spodziewa?

Nie mogę nic mówić przed koncertem, zresztą nie chcę zapeszać. Poza tym to muzyka sama powinna opowiadać.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Ja również dziękuję.

----------------------------------

Rozmawiała Joanna Dobrowolska

Wyświetlony 2558 razy

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

PIXEL_TEXT_LEGAL PIXEL_LINK_LEGAL_TEXT