Mark Knopfler w Krakowie - relacja

Napisała  środa, 15 lipiec 2015
Mark Knopfler w Krakowie Mark Knopfler w Krakowie fot. Monika Stolarska, muzyka.onet.pl
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

„To będzie beznadziejny koncert” – pomyślałam gdy Mark Knopfler z zespołem zaczęli wykonywać pierwszy utwór. Nagłośnienie było fatalne, prawie jak z nagrań kiepskiej jakości zamieszczanych w serwisie You Tube. Przytłumiony wokal nie zwiastował niczego dobrego. Na szczęście później mogłam odetchnąć z ulgą.

Utworem, którego dość trudno było zidentyfikować z przyczyn wymienionych powyżej, okazał się być „Broken Bones” z najnowszego wydawnictwa Knopflera zatytułowanego „Tracker”. Następnie muzycy cofnęli się nieco w czasie i zagrali „Corned Beef City” oraz „Privateering” z poprzedniego albumu. Te dwa utwory znacznie lepiej sprawdziły się na żywo niż „Broken Bones”, którego włączenie do setlisty trochę mnie zdziwiło. Nie jest to wprawdzie tragiczny utwór ale rozczarował mnie brak singla „Beryl”, którym przecież Mark Knopfler promuje swój najnowszy album i który, moim skromnym zdaniem, brzmi o wiele ciekawiej, trochę Dire Straitsowo. Na pewno urozmaiciłby setlistę, która zawierała dużo podobnych do siebie kawałków.

Knopfler postawił raczej na utwory średnio dynamiczne, z mocno wyeksponowanym wokalem. Trzeba przyznać, że był to dobry wybór bo dzięki temu wyraźnie usłyszeliśmy, że jeśli chodzi o śpiew, artysta wciąż jest w znakomitej formie. Niemniej jednak, przydałoby się kilka przebojów takich jak chociażby „Money for Nothing”. Ciekawym pomysłem byłoby również wykonanie „Border Reiver”, „Boom Like That” albo „Expresso Love”. Jeżeli chodzi o albumy, setlista była dość zróżnicowana: pojawiły się utwory z „Tracker” („Broken Bones”, „Skydiver”), „Ragpicker’s Dream”, „Privateering”, a nawet „Father and Son” ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Cal”. No i oczywiście coś Dire Straits: między innymi romantyczne "Romeo and Juliet" oraz największy przebój grupy czyli "Sultans of Swing" z ciekawymi gitarowymi solówkami.

Wracając jeszcze do początku koncertu: z pewnością plusem było to, że Knopfler i towarzyszący mu muzycy wyszli na scenę punktualnie. To się nazywa podejść do fanów na poważnie i z klasą. Wielkie gwiazdy spóźniające się po dwie godziny chyba trochę za bardzo… gwiazdorzą. Poza tym Mark był całkiem rozmowny. Dwa lata wcześniej, w Łodzi, nie odzywał się zbyt często, a tym razem informował, ze cieszy się z wizyty w Polsce albo pytał czy wciąż tam jesteśmy gdy na sali zapadła zadziwiająca cisza. A zapadła kilka razy, co było imponujące (nawet 18 tysięcy obecnych), ale i zrozumiałe- czysty wokal byłego frontmana Dire Straits, kilkukrotne zmiany gitar, ilość instrumentów (w tym skrzypce, kontrabas, thin whistle, saksofon) oraz zaangażowanie artystów- było na co popatrzeć i czego posłuchać.

fot. Hanna Raszka

 

Na bis zespół zaserwował "Brothers in Arms", "So Far Away" i "Going Home: Theme from Local Hero" - tak przynajmniej wyczytałam w Internecie, ponieważ… byłam zmuszona wybiec wcześniej (ostatni autobus na którego udało się kupić bilet - niestety), jednak wykonanie tych utworów w Łodzi było świetne, więc myślę, że niewiele się od tamtego czasu zmieniło. Ostatnim utworem, którego wysłuchałam był magiczny, rozbudowany „Telegraph Road” podczas którego publiczność mogła podejść pod samą scenę. Bardzo dobry pomysł - zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby gdyby miejsca na płycie były stojące od samego początku.

Mark Knopfler na koncertach stawia na prostotę: brak artystów supportujących, wyłączone telebimy, luźny strój. Nie można jednak powiedzieć, że wykonywane przez niego partie gitarowe są proste, czy też mało oryginalne. Ten styl grania rozpoznałabym chyba wszędzie. Artysta wciąż nie tylko dobrze śpiewa ale także precyzyjnie i stylowo operuje swoimi instrumentami. Co najważniejsze: wciąż kocha to, co robi. Miód na uszy i duszę.

Wyświetlony 3285 razy

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

PIXEL_TEXT_LEGAL PIXEL_LINK_LEGAL_TEXT