poniedziałek, 20 kwiecień 2015 19:20

Nie trzeba brać narkotyków, by odlecieć - relacja z koncertu Ani Rusowicz

Napisane przez Sentymentalna
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Bardzo często słyszy się opinię, że lata 60 i 70 były najlepszym okresem w muzyce. Artyści tacy jak Led Zeppelin, The Beatles, czy Jimi Hendrix nie tracą na popularności- ich utwory po prostu się nie starzeją. Co więcej, wielu współczesnych muzyków garściami czerpie z tamtych dekad. Muzyków takich jak chociażby Ania Rusowicz i towarzyszący jej instrumentaliści. W ubiegłą sobotę w Czerwionce-Leszczynach zespół zabrał nas do czasów w których rock psychodeliczny był na topie.

Po pierwsze: Ania ubrana w bordowe kozaki na obcasie, wzorzystą spódniczkę, luźną koszulę, futerko i z opaską w stylu hippie na włosach wyglądała jakby właśnie przybyła z lat 60 i tak samo brzmiała. Towarzyszący jej muzycy: Ritchie Palczewski na gitarze, Michał „Burza” Burzymowski na basie, Hubert Gasiul na perkusji oraz klawiszowiec Łukasz Jakubowicz w niczym jej z resztą nie ustępowali. Wracając jednak do muzyki… Jednym z pierwszych zaprezentowanych utworów było otwierające drugi album artystki, „Genesis”, „Tango śmierci”. Potem „To, co było” i „Polne kwiaty”. Wokalistka złapała za tamburyn, a w tle pojawiły się wizualizacje, które dopełniały klimatu.

Na początku Ania grzecznie stała przy mikrofonie, a publiczność grzecznie siedziała na swoich miejscach- na szczęście wszystko powoli się rozkręcało… Jednym ze smaczków wieczoru było definitywnie użycie przez Ritchiego Palczewskiego smyczka do grze na gitarze elektrycznej. Może mało jeszcze w życiu widziałam ale dla mnie było to bardzo oryginalne i do tego świetnie brzmiało. Tak jak i wspólne odśpiewanie przez muzyków początku utworu „Ptaki” - jeżeli ktoś wcześniej nie wczuł się w klimat, to był moment, w którym musiał go poczuć i odpłynąć. Ania sama wyznała, że chciałaby, by słuchacze odlecieli przy dźwiękach muzyki psychodelicznej, tak jak ona potrafi odlecieć słuchając The Doors i śpiewu ptaków. Nie trzeba brać narkotyków - oznajmiła z przekonaniem.

 

 

W powietrzu unosił się zapach kadzidełek, a zespół zagrał „Rzekę pamięci”. W tym utworze mogliśmy usłyszeć o ile lepiej artystka brzmi na żywo, niż na nagraniach. Jak to się mówi- ma parę w płucach! Niesamowity wokal na jakiś czas jednak ucichł, gdy Ania usiadła tyłem do widowni i… oddała się medytacji. Ten moment skojarzył mi się trochę z Jimem Morrisonem. Na szczęście Ania nie śpiewała zwrócona plecami do widowni.

Choć Ania Rusowicz podkreśliła, że jest to koncert psychodeliczny, nie zapomniała również o fanach big bitu, który królował na jej pierwszej płycie i wykonała „Nie pukaj do mych drzwi” zakończone dość długą częścią instrumentalną, w której na pierwszy plan wyszedł towarzyszący jej zespół. Panowie wypadli fantastycznie ale jeszcze bardziej zaskoczyli mnie wykonaniem coveru „Whole Lotta Love” z repertuaru Led Zeppelin. Potężnie brzmiący wokal w połączeniu z ognistą grą na perkusji i gitarowymi szaleństwami na pewno nie uraziłby Roberta Planta i spółki! Następnie usłyszeliśmy „To nie ja” z wideoklipem w tle. Utwór brzmiący niczym ze ścieżki dźwiękowej filmu o Jamesie Bondzie dodał jeszcze więcej ognia całemu występowi. Koncert skończył się, a raczej miał się skończyć przebojem „Ślepa miłość” oraz „Przyjdź” - tu publiczność została poproszona o zabawę na stojąco (sugestią było wymachiwanie marynarkami). Skandowane imię wokalistki na szczęście szybko przekonało muzyków do powrotu na scenę. A bis… bis był magiczny. Wykonane przy zgaszonych światłach „Co z tego mam” i widzowie, którzy nie „klapnęli” z powrotem na siedzenia… To było niesamowicie nastrojowe i zdecydowanie był to jeden z najlepszych fragmentów koncertu. W takim refleksyjnym klimacie zespół zniknął za kulisami. Szkoda, że był tylko jeden bis… Chętnie posłuchałabym jeszcze na przykład „Somebody to Love”.

 

 

Poza tym, że Ania Rusowicz dała niesamowity popis wokalny i wykreowała atmosferę minionych lat, to jeszcze wygłosiła wiele mądrych słów, które, co ważne, nie były wcale próbą kreowania się na kogoś, kim nie jest. Jesteśmy hipisami – powiedziała – chcielibyśmy żeby człowiek znów zwrócił się ku człowiekowi. Mówiąc krótko Ania i jej zespół zasługują na ogromne brawa: za muzykę i za podejście do życia. Make love, not war!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dla portalu NutaFM - Sentymentalna

Wyświetlony 2810 razy

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

PIXEL_TEXT_LEGAL PIXEL_LINK_LEGAL_TEXT