Biała Droga live - recenzja woodstockowego wydawnictwa Urszuli

Napisała  środa, 02 grudzień 2015
Urszula na 21 Przystanku Woodstock Urszula na 21 Przystanku Woodstock fot. Robert Grablewski
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Ah, te piosenki o miłości w wykonaniu Urszuli! No, klasyk – zna każdy. Prawie dwadzieścia lat temu ukazał się album na którym znalazło się sporo tego typu przebojów. Mowa oczywiście o „Białej drodze”, czyli szóstej płycie polskiej rockmanki. Z tej właśnie okazji Urszula zagrała wszystkie utwory z omawianego wydawnictwa na tegorocznym Przystanku Woodstock, a zapis tego występu został wydany na DVD oraz CD.

W utworach Urszuli pobrzmiewa, a właściwie z pełną mocą rozbrzmiewa, nostalgia. Coś jest w tych tekstach, riffach, w tym wokalu. Czuję to mimo tego, że gdy „Biała droga” miała swoją premierę, byłam jeszcze smarkulą (chyba gdzieś tam w tle śpiewała mi Urszula). Na wspomnienia zbiera się już od początku, gdy zespół intonuje „Niebo dla ciebie”, a następnie „Na sen”. Dwadzieścia lat minęło jak jeden dzień, jak to śpiewał swego czasu Andrzej Rosiewicz, a wokalistka wcale nie brzmi jakoś wiele gorzej niż kiedyś. Entuzjazmu też jej nie brakuje. Fajnie tu u was, kocham was bez żadnego kitu, pięknie dziś wyglądacie – zachwalała woodstockową publiczność, tryskając niewymuszoną charyzmą. Ten luz jest w niej świetny! Trochę mniej świetne było wykonanie „What is and what should never be”. Instrumentalnie całkiem fajnie to wyszło, ale wokal jakoś mnie nie porwał. Na pocieszenie powiem, że ciężko jest przebić Led Zeppelin.

Apropo nostalgii: Urszula wyraźnie dała się ponieść wspomnieniom przed wykonaniem „Woodstocku 94”.

Ten Woodstock 94… to dwadzieścia lat temu. Myślę, że właśnie ta piosenka powstała po naszym wyjeździe do Woodstock z Jurkiem Owsiakiem. Byliśmy, siedzieliśmy tam w Stanach (…) Juras powiedział >>muszę zrobić coś takiego w Polsce<< – opowiadała, a następnie zadedykowała utwór organizatorowi WOŚP i Woodstocku.

Piosenka nie jest szczególnie zaskakująca, ani zapadająca w pamięć, ale miło posłuchać gdzie, jak i dlaczego dany kawałek powstał. Artystka wzruszyła się pod koniec ale, już ocierając łzy, zawołała: to jedziemy z tym rock and rollem, czy nie? I całkiem nieźle pojechali (Urszula naprawdę ma 55 lat?!). Publiczności chyba szczególnie do gustu przypadł klasyczny przebój „Konik na biegunach” – mi też się podobało. Jednak do mojego serca najbardziej trafił „Mój blues” napisany przez i dedykowany zmarłemu  w 2001 roku mężowi Urszuli, Stanisławowi Zybowskiemu. Zarówno instrumentalne, jak i wokalnie – fantastyczne wykonanie! Nastrojowe i wciągające od pierwszych dźwięków.

Woodstockowy koncert Urszuli ma wiele mocnych momentów, jest tam też jednak kilka dziwnych. Mam na myśli występ Damiana Ukeje, który towarzyszył muzykom przy kilku utworach. Szczerze powiedziawszy, gdyby go tam nie było, koncert wiele by nie stracił. Dobrze, może takie stwierdzenie to przesada, szkoda jednak, że tak mało się poudzielał – ciekawiej by było gdyby dostał bardziej znaczącą rolę niż śpiewanie w tle, skoro już skakał po scenie przez kilka kawałków. Co do tych kawałków to świetnie im wyszło trochę cięższe granie, szczególnie „Lewiatan” z udziałem orkiestry symfonicznej.

Końcowe utwory nie pochodzą już z Białej drogi, ale równie miło było ich posłuchać. „Dmuchawce, latawce, wiatr” z biegiem lat nie straciły nic ze swojego uroku i idealnie pasowały na zakończenie występu, tak jak i „Luz blues w niebie same dziury”. Dobra ballada nie jest zła. Generalnie jest jakość, jest klimat – woodstockowe wydawnictwo Urszuli z czystym sumieniem polecam każdemu, kto ma ochotę posłuchać mieszanki dobrych ballad i czadowych dźwięków. Uwaga: zyskuje przy drugim odsłuchaniu!


źródło: wikipedia.org, materiały prasowe

foto: wosp.org.pl

Wyświetlony 3664 razy

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

PIXEL_TEXT_LEGAL PIXEL_LINK_LEGAL_TEXT